|
Spróbował jednak jeszcze raz. Nawet na nartach nie spędził tej zimy tyle czasu co zwykle. Czasem tylko, zmęczony treningiem, pakował deski do samochodu i wyskakiwał do Zakopanego na dwa, trzy dni. Jeździł zapamiętale, do ostatniego tchu, wypełniał płuca czystym powietrzem i znów wracał do dusznych sal, na plansze. Od początku roku wszystko podporządkowane było jednemu celowi. Zmienił nawet tryb życia. Koledzy dzwonili, próbowali gdzieś go wyciągnąć. - „Witek, coś ty?" - pytali się zdziwieni, gdy na wszystkie propozycje odpowiadał zdecydowanym - „nie".
Był doświadczonym szermierczym wygą, a przecież tego dnia oczekiwał jak nowicjusz. Kamienna pustynia wioski olimpijskiej gwarantowała ciszę i spokój. W bloku 34 na VIII piętrze wszyscy pogrążeni byli jeszcze w głębokim śnie, ale on już wiercił się na swoim łóżku. Była czwarta rano.
Ostatnia szansa. Czy zrealizuje swe młodzieńcze marzenia, swoje plany z tamtego okresu, gdy jako 15-letni chłopak wraz z całą klasą zapisał się do klubu? Marzyły mu się szybkie sukcesy, błyskotliwe zwycięstwa. Monotonia pierwszych treningów była niemiłym zaskoczeniem. Rychło z grupy 20 kolegów pozostał sam. Ale i on długo nie wytrwał. Nie poszedł na salę raz, drugi, był zniechęcony żmudnym powtarzaniem tych samych akcji. Wolał piłkę, rower. Major Władysław Dobrowolski szybko jednak z utalentowanego chłopca nie rezygnował. Zjawił się w domu, przekonał matkę, potem jego. Witek wrócił na salę. Dwa lata później należał już do grona czołowych juniorów. Podczas pożegnania ekipy olimpijskiej przed odlotem do Melbourne, wystąpił w pokazowej walce.
|